Migrena
Jest ciemno w pokoju. Pochylony nad klawiaturą piszę kolejne wybroczyny. Skurwysyństwo siedzi przycupnięte na moim ramieniu. Ono nigdy się nie odzywa, umie tylko chichotać. Wbrew obiegowym opiniom to nie ono szepce nam do ucha - to już nasza własna natura podszeptuje nam różne rzeczy. Patrzy i czeka. No dobra, nie mam weny. Dziś pójdzie coś, jak zwykle, chamsko prozaicznego. Zatem...
Oprawca
Znów leżę na ziemi. Zakurzony, chłodny parkiet przypomina o sile grawitacji. Wszystko spowite mięciutkim półmrokiem przez który przebija się mdłe światło lampki biurkowej. Wielkie, kudłate łapsko trzyma mnie za gardło i przydusza do ziemi. Cholera, jak ono mogło tak uróść? Przed oczyma zaczynają mi tańczyć mroczki. Zdobywam się na wysiłek i wywalam gały próbując spojrzeć w lewo. Dywan leży niewzruszony, z tym samym co zwykle wybrzuszeniem po środku. Chichocze! Cholerne! Chichocze ze mnie! Czuję jak z wściekłości pękają mi naczyńka krwionośne w wywalonych na wierzch gałach.
Jak ono śmie! Chichot staje się coraz bardziej histeryczny, a ja nagle coś sobie uświadamiam. Lodowata myśl robi sobie z mojego żołądka legowisko — skoro ono jest po dywanem, to... to co mnie kurwa teraz dusi??
Pod dywanem
Pod moim dywanem zalęgło się Skurwysyństwo. Jest ciepłe, włochate i ma małe sztyletowate ząbki. Nocą, gdy śpie, wyłazi spod dywanu żeby wgryzać mi się w duszę. Próbowałem wszystkiego — trutki na szczury, Domestosa, wzywałem Pana Deratyzatora — wszystko na nic. Postanowiłem zatem napisać coś bezużytecznego — bezużyteczny poradnik, jak nieskutecznie walczyć ze Skurwysyństwem Spod Dywanu.